Rozdział 21 - Ja też tu jestem!
— Niby stąd ta pewność, że Gray jest niewinny i wszystko to jest prawdą? — Gajeel nie dawał za wygraną, chociaż traktował samuraja jako dobrego towarzysza.
— Wszystko się zgadza i wychodzi na to, że on wcale nie był złym człowiekiem — przyznała zgodnie z prawdą Levy. Chwyciła kartki w obie dłonie. — Wytłumaczę ci, skoro nadal nie pojmujesz — usiadła obok przyjaciela. — Osoby, które zabił, zostały wpisane na tę długą listę — pokazała imiona ofiar. — Spójrz może na... mojego byłego narzeczonego. — Przerzuciła na drugą kartkę. — Tu masz wypisane świństwa, jakie popełnił: kradzież, zabójstwa, gwałty, nielegalna sprzedaż przedmiotów... — księżniczka zmarszczyła brwi. — Gdybym to wiedziała na pewno nie pozwoliłabym mu postawić stopy na naszym terenie — wróciła do poprzedniej kartki. — A teraz on. Ma na imię Mark i tu pisze mniej więcej to samo, czyli jego rzeczy w przeszłości takie jak: handel narkotykami, morderstwa i tortury na przypadkowych ludziach.
— Poważnie tacy ludzie kroczyli w tym kraju?! Absurd! — wyrzucił z siebie Gajeel. — Czyli Gray...
— Tak, był dobry. Chciał po prostu wytępić z narodu tych, co są zagrożeniem i dać pokój, chociaż na tym kawałeczku świata. Otrzymywał zlecenia od ludzi i za zabicie konkretnej osoby, płacono mu. W ten sposób zarabiał na życie. Oczywiście, nie godził się na zabicie osoby, która płynęła z dobroci. Kto by pomyślał, że z niego taki dobry samuraj — rzekła.
— Skąd to wiesz? — zapytał podchwytliwie Gajeel.
— Juvia opowiadała mi o nim tak zawzięcie, że upłynęło nam na rozmowę kilka godzin — zachichotała.
— Będzie wolny, prawda?
— Tak, jak ptak. — Westchnęła.
— Zdaje mi się, czy Juvia odnalazła nie tylko klucz do drzwi więziennych, ale i do jego serca? — Gajeel był pewny tego, co mówi.
— To prawda — Levy oparła się o ramię przyjaciela i zamknęła powieki.
~*~
Bała się. Bardzo, ale to bardzo. Ręce trzęsły się jej pomimo sprzeciwu umysłu. Klucz nadal był zaciśnięty w dłoni, gdyż Juvia nie mogła się uspokoić. Westchnęła głęboko. Za tymi drzwiami znajdzie dwie bliskiej jej osoby — żywe lub martwe. Właśnie tego się obawiała. Spojrzała na numer celi, a następnie na zardzewiały klucz. Drżącą ręką włożyła go w zamek. Ku jej zdziwieniu było otwarte, a klucz nawet nie pasował w ten otwór. Więc do czego on służy? Schowała go do kieszeni płaszcza i chwyciła za klamkę. Tak bardzo chciała zobaczyć ich żywych. Dobrze wiedziała, że to może być jej wina, bo za długo zastanawiała się nad ich uwolnieniem, przez co straciła masę czasu i to właśnie przez nią mogą już nie żyć. Mimo tego wciąż głęboko wierzyła, że tak nie jest, że to nieprawda, to jakiś chory żart. Ze strachem pociągnęła za klamkę. Nie wiedziała czego się spodziewać. Z przymrużonymi oczami otwarła na oścież ciężkie i metalowe drzwi.
Wtedy pośród panującego mroku, który otulał celę, zauważyła go. Serce spowolniło uderzenia z każdą sekundą. Zapomniała na moment jak się oddycha. Przez światło padające z korytarza mogła dostrzec rysy jego twarzy. Twarzy, która była w opłakanym stanie. Wory pod oczami, blada twarz, sine usta i ciało okrutnie pokaleczone. Na jednej powiece widniała rana, ale mimo tego oko funkcjonowało normalnie.
Wtedy on podniósł powoli ku górze głowę i jego oczy rozszerzyły się na widok dobrze mu znanej twarzy. Usta wypowiedziały bezgłośne imię dziewczyny, a ona zrozumiała z ruchu jego warg. Nie przypuszczał, że tutaj przyjdzie, że w ogóle ich znajdzie w tym ogromnym zamku. Kąciki jego ust drgały, chcąc utworzyć uśmiech. Jego serce momentalnie przyśpieszyło, a ciśnienie wzrosło. W tym cholernie lodowatym pomieszczeniu zrobiło mu się nad wyraz ciepło, a nawet nie ciepło, lecz gorąco!
Wtedy nie czuła już żadnej wątpliwości. Drgania ustały, a serce wręcz skakało z radości. Nogi same pchały się do przodu. Uśmiech wkradł się na bladą, ale nieco zarumienioną twarz dziewczyny. Poczuła niewiarygodne szczęście i ciepło płynące właśnie od niego.
I wtedy przełamała się, by zrobić kilka kroków. W ułamku sekundy znalazła się w jego ramionach. Jej ręce oplotły jego szyję. Z całej siły przytuliła się do niego, gdyż tak bardzo za nim tęskniła i sama nie wiedziała, czy to jakiś sen na jawie. Po twarzy spływały krople słonej cieczy, które moczyły materiał jego ubrania.
Jego ręce, które były tak bardzo osłabione i zakute w ciężkich łańcuchach, nagle odzyskały pewną siłę i lekkość. Podniósł dłonie i oplótł nimi talię dziewczyny, chcąc poczuć jej bliskość. Głowę zanurzył w jej niebieskich włosach, które tak bardzo lubił. Zamknął powieki i odpłynął. Słyszał jedynie cichy płacz Juvii i bicie swojego serca. Ta pozycja była dla niego tak wygodna, że najchętniej zasnąłby w tym momencie. Nie spał od kilku dni, co odbiło się na jego zdrowiu. Jednak coś, a raczej ktoś przerwał im tę cudowną chwilę.
— Ja też tu jestem! — prychnął obrażony Lyon, przeczesując swoje białe kosmyki włosów.
Juvia otarła grzbietem dłoni zapłakane oczy i rozluźniła uścisk. Po chwili oderwała się od Graya. Samuraj był z tego powodu bardzo nieszczęśliwy, gdyż prawie zasnął. Z wielkim smutkiem zdjął ręce z jej talii i patrzał, jak od niego odchodzi. Poczuł otulający go chłód. Juvia wstała i obróciła się w stronę Lyona, który wpatrywał się w nią przez cały czas. Powolnym krokiem podeszła do swojego brata i spojrzała na niego z góry. Lyon uśmiechnął się szeroko i wyciągnął ręce ku górze, aby przytulić swą siostrę, ale zamiast tego dostał... bolesną niespodziankę. Złapał się za brzuch z bólu i po chwili turlał się po podłodze. Z niedowierzaniem i smutkiem krzyknął rozpaczliwie:
— Dlaczego mnie bijesz, siostrzyczko?! — zapłakał teatralnie.
Juvia uklękła i szybkim ruchem złapała za jego koszulkę, przyciągając go blisko jej twarzy.
— Gdy ty się podziewałeś?! — krzyknęła, a po pomieszczeniu przeszło echo.
Gray z szokiem spojrzał na postawę Juvii. W sumie nie wiedział, jakie są ich relacje.
— Ja... ja... ja byłem... — jąkał się, aby znaleźć odpowiednią wymówkę.
— Wiesz jak się o ciebie martwiłam?! — warknęła, mocniej ściskając materiał. — Gdzie byłeś, gdy cię potrzebowałam?!
— Byłem w... um...
— Dlaczego uciekłeś?! — krzyknęła przez płacz.
— Bo... ja...
— Dlaczego muszę mieć takiego brata?!
Puściła jego koszulkę. Nie miała siły. Tak wiele razy ją oszukiwał, zranił czy zasmucił. Ale jednak nadal był to jej brat i nie mogła się tego wyprzeć. Nie miała innego członka rodziny czy tak bliskiej jej osoby. W pewnym sensie czuła do niego nienawiść, że ją zostawił, ale wciąż go kochała. Tylko jemu powierzała najskrytsze sekrety, a on zawsze słuchał ją z zainteresowaniem. Czasem wymykał się potajemnie z domu o późnych godzinach, a Juvia nie miała o tym pojęcia. Chodził wtedy na misje z Grayem. Mimo tego zawsze wracał, ale pewnej nocy nie wrócił, a była to noc, kiedy spalono wioskę.
Wzrok miała wbity w jego ręce i wtedy zdała sobie z czegoś sprawę.
— Juvia — zaczął Lyon, a dziewczyna spojrzała mu prosto w oczy. — Wiem, że jestem złym bratem, ale nie gniewaj się! — próbował być w tej chwili szczery. — Dobrze wiesz, że nie masz nikogo prócz mnie — westchnął i posłał jej uśmiech, którego dawno nie widziała. — To co? Przytulisz mnie w końcu? — wyciągnął ku niej ręce, a Juvia przytuliła się do niego lekko chichocząc.
Po czułościach ponownie spojrzała na jego ręce. Lyon nie zrozumiał, co takiego chcę zrobić jego siostra.
— Kawał metalu, a ciężkie w cholerę! — zawył białowłosy, pokazując łańcuch.
— Chyba mam na to sposób — sięgnęła do swojej kieszeni i wyciągnęła stary, zardzewiały klucz.
— Siostrzyczko ty moja kochana! — wystawił ku niej dwie dłonie, aby uwolniła od tych przeklętych łańcuchów.
Włożyła klucz w odpowiedni otwór i przekręciła. O dziwo pasowało. Jeden łańcuch spadł z ręki, a na niej pozostał ogromny siniak. Juvia od kluczyła pozostałe kończyny, a na końcu zajęła się Grayem. Po uwolnieniu dwójki mężczyzn Juvia pomogła im wstać i razem opuścili to straszne miejsce. Najpierw trzeba było opatrzyć im rany i po ich zabandażowaniu udali się do kuchni, gdyż byli potwornie głodni. Zasiedli we trójkę do stołu, a Juvia przyrządziła im posiłek. W trakcie jedzenia Lyon spytał:
— Właściwie... to jak nas znalazłaś?
— To nie było łatwe — rzekła i uśmiechnęła się sama do siebie. — Levy powiedziała, że jeżeli nie znajdę dowodu, to was zabiją.
— Jakiego dowodu? — zapytał Lyon, w trakcie przegryzania chleba.
— Dowodu niewinności Graya — powiedziała pewnie, a po chwili zdała sobie sprawę, że nie powinna wymawiać jego imienia.
Juvia ze strachem spojrzała na siedzącego przed nią samuraja, który tępo patrzał w stół.
— Czyli już wiesz... — czarnowłosy podniósł na nią wzrok.
— Listy gończe — wytłumaczyła się szybko.
Samuraj westchnął. Nie chciał, aby wiedziała, jakim był człowiekiem. Ale teraz nie miał pewności czy nie jest za późno. Chociaż musiał przyznać, że dziwnie było usłyszeć z jej ust jego imię.
— Jak znalazłaś dowód? — Lyon nie ukrywał zainteresowania.
— Levy powiedziała, że ty jesteś wolny, bo zwykle tylko towarzyszyłeś przy zleceniach, a główny dowódcą był zwykle Gray. Przeczytałam wszystkie książki o twoim życiorysie — to zdanie skierowała do zdziwionego samuraja. — Na początku nie wiedziałam, co dało mi przeczytanie tego wszystkiego skoro nie znalazłam nic, co mogłoby wskazywać na twoją niewinność. Później dopiero zrozumiałam, że rozwiązanie było na wyciągnięcie ręki, a to było tak... — Juvia opowiedziała swoją historię, a obydwoje słuchali ją zafascynowani.
— Ach, rozumiem! — rzekł Lyon, gdy Juvia zakończyła swoją wypowiedź.
— W sumie nie poradziłabym sobie bez Angelicy — przypomniała sobie twarz naiwnej i zakochanej blondynki.
— Kto to? — zapytał Lyon.
— Myślę, że powinieneś wiedzieć, braciszku — spojrzała na niego podejrzanym wzrokiem, a Lyon przechylił głowę na bok. — Dziewczyna, która przynosiła wam jedzenie.
— To ona! — białowłosy złapał się za policzki. — Mówiła coś o mnie?
— Musisz z nią porozmawiać! — chociaż Juvia wolała, aby jej brat nie był w związku z taką dziewczyną. Nie za bardzo ją lubiła.
— Bardzo chętnie z nią omówię kilka istotnych spraw — rozmarzył się, a Gray kopnął go pod stołem. — To bolało!
— Miało boleć — zaśmiał się, a Juvia wybuchła śmiechem widząc wyraz twarzy jej brata.
— Co za nie czułe istoty! — fuknął.
Właśnie tego Juvii brakowało.
Komentarze
Prześlij komentarz