Rozdział 14 - Imiennik?!
Gdyby nie inteligencja i spostrzegawczość Senseia to pewnie teraz zostaliby zabici przez strażników tego lasu. Były to wysokie i kościste stworzy, okryte czarnymi płaszczami. W skrócie mówiąc: żywe trupy z mieczami w rękach. Otoczyli trójkę towarzyszy, nie pozwalając im na ucieczkę. Przyjaciele zeskoczyli ze swych koni i przygotowali się do walki. Gajeel wyglądał na rozproszonego i niespokojnego. W dłoni nerwowo ściskał miecz. Sensei był opanowany, chociaż jego myśli zaprzątały najgorsze scenariusze. Natomiast Juvia z całej trójki wydawała się być zdeterminowana i podekscytowana tą sytuacją. Ciekawe na jak długo.
Kościotrupy po prostu sobie stały przez kilka dobrych minut, a Senseiowi naprawdę się śpieszyło i wolał zrobić to szybko, ale przecież nie użyje swojego ataku przy kompanach. Szkoda, że nie wiedział, iż jego towarzysze doskonale o tym wiedzą i już raz na własne oczy widzieli go w akcji.
— Kim jesteście?! — warknął Gejeel.
Brak odpowiedzi, ale po tym, jak Gajeel na nich ryknął to nagle wszyscy zaczęli niespokojnie się ruszać i kiwać na boki. Czyżby dał im znać na rozpoczęcie walki? Nie, to niemożliwe.
Sensei wiedział, że nie wolno działać pochopnie. Tu nie liczy się czas, tylko dobre wykonanie ataku i zabicie wroga. To było ich celem. Gajeel jednak posłał mu przelotne spojrzenie i sprawnie wyjąć z lewej kieszeni płaszcza scyzoryk. Rzucił nim w trupa. Zdziwili się. Ostrze co prawda idealnie było skierowane w postać, ale gdy tylko dotknęło kości, odbiło się charakterystycznym dźwiękiem. Gajeel zdał sobie sprawę, że nie pokonają ich zwykłym mieczem, kataną lub scyzorykiem. Nie spodziewali się, że gdy Gajeel myślał nad nową strategią to nieprzyjaciele ich zaatakują. Ich miecze były ostre jak brzytwa. Po chwili Gajeel i Juvia mieli pocięte ubranie. Sensei był bardziej ostrożny, ale miał najgorsze zadanie z nich wszystkich. Nie dość, że musiał być czujny, czy ktoś go nie zaatakuje to w dodatku się bronił i kątem oka sprawdzał co chwilę, czy z Juvią wszystko w porządku. Przecież sam obiecał, że będzie ją chronił. Po około dwudziestu minutach walka była mniej efektywna. Nie mieli sił, a przeciwnicy mieli tylko pocięte ubrania, a ich kości lub jeżeli można to nazwać ciałem, nie uszkodziły się wcale. Tracili wiarę w wygraną.
Nagle Senseia oświeciło. Próbował się skupić i na sekundę oderwał wzrok od niebieskowłosej.
Co pierwsze rzuciło im się w oczy? Czy stare i szare drzewa miały z tym coś wspólnego? Mało prawdopodobne.
Czy strażnicy lasu zjawiają się, gdy tylko nadejdzie wróg? Możliwe.
Czy lustro ma coś z tym wspólnego? Zaraz, zaraz... Lustro!
Spojrzał na nie. Uśmiechnął się i wpadł na pomysł. W mgnieniu oka przedostał się przez trupy. Stał krok przed lustrem, wziął do ręki katanę i już brał zamach, aby roztrzaskać to badziewie na drobny mak.
Jednak stało się coś, czego nie przewidział...
~*~
— Księżniczko, proszę się zdecydować! — pośpieszyła ją pani, która doradzała jej wybrać suknię na bal.
— Ale bal dopiero za kilka dni! — marudziła i bezsilnie opadła na białą kanapę.
— Czerwona czy niebieska? — zapytała z lekka nerwowo.
— Muszę? — zapytała błagalnie Levy.
— Musisz.
— Niebieska — odparła z ironią.
— Cudownie! — wzięła suknie w dłonie i założyła ją na manekina. — Będziesz w niej wyglądała rewelacyjnie!
— Mhm... — odrzekła znudzona.
— Trochę miej życia w sobie! — upomniała ją. — To twój bal, a nie mój!
— Mhm...
Kobieta westchnęła ciężko i poprawiła strój. Był on idealny, a ona wciąż widziała w nim jakiejś niedoskonałości.
— Ta suknia jest ol—śnie—wa—ją—ca! — przesylabizowała ostanie słowo, a Levy patrzała na nią i miła ochotę pójść spać.
~*~
Sensei jak na zawołanie spojrzał w tamtą stronę. Był o milimetr z zetknięciem się z lustrem, ale przeraźliwy krzyk Juvii go powstrzymał. Jeden z trupów zaciął ją w nadgarstek i rana krwawiła niewyobrażalną ilością krwi. Mimo tej rany ona wciąż walczyła. Nie pozwała, aby jej ciało się poddało. Nie teraz. Robiła uniki, ale broniła się lewą ręką, w której trzymała katanę. Prawa została zaś okaleczona. Sensei wydał Gajeelowi rozkaz, aby zniszczył to, czego on nie dał rady i pobiegł w stronę Juvii. Gajeel zamachnął się i skierował ostrze wzdłuż lustra. Wszędzie było słychać kruszenie się szkła i jakieś dziwnych oraz przeraźliwych głosów. Trupy umierały. Gajeel uśmiechnął się z dobrze wykonanej roboty. Jednak spoważniał, gdy zobaczył jak Sensei bierze Juvię w ramiona. Przypatrywał się ranie. Nie była ona głęboka. Nauczyciel przemył ją wodą i zawinął bandażem. Na końcu odwrócił od niej wzrok.
Jak miał patrzeć na osobę, której przyrzekł, że będzie jak chronił choćby nie wiem co? Dla niego to było zawstydzające i nieco żałosne.
Po chwili cała trójka siedziała na koniach i odjechali z tego przeklętego miejsca.
Tym razem Sensei postanowił jechać sam.
~*~
Szóstego dnia podróży znaleźli się u wrót zamku rodziny Mcgarden. Zamek ten był ogromny i o wiele większy niż na mapie.
— A co z planem? — zapytał Gajeel.
— Jest niepotrzebny — przyznała fakt Juvia.
Co prawda wcześniej przebrali się w stroje, które zabrali od Lucy. Wyglądali jak zamożni ludzie.
Po chwili usłyszeli przechodzącego obok żołnierza, który zauważył ich od razu.
— Ktoś wy?! — warknął, a Juvia się do tego przyzwyczaiła, bo witano ją tak za każdym razem.
— Juvia Loxar i dwójka przyjaciół — odpowiedziała przesłodzonym głosem.
— Witaj panienko, Juvio — jego ton głosu zmienił się momentalnie. — Jak mają na imię pozostali? — spytał łagodniej.
— Gajeel Redfox — odparł czarnowłosy.
Spojrzeli na Senseia, który również na nich patrzył.
— Przedstaw się. — Podpowiedział mu Gajeel.
— Po co wam moje dane? — skierował pytanie do żołnierza.
— Czyżbyś był zbiegiem, że boisz się zdradzić swe imię? — chyba coś podejrzewał.
Sensei westchnął i powiedział znudzonym głosem:
— Natsu Dragneel.
Dwójka przyjaciół wytrzeszczała oczy.
„Imiennik?!" — pomyśleli równocześnie.
— Zapraszam do środka! — rzekł miło strażnik. — Księżniczka Levy pewnie nie może się doczekać, aby panienkę zobaczyć.
Odpowiedziała mu szerokim uśmiechem i cała trójka przeszła przez bramę. Nie muszę chyba opowiadać, jak wyglądają ogromne i piękne ogrody królewskie czy też zamek rodziny Mcgarden. Wszystko tutaj było ogromniaste. Drzwi otworzyło im dwoje strażników. W środku było o wiele skromniej i przytulniej niż na zewnątrz. Jeden z lokajów poinformował ich, że niedługo przyjdzie księżniczka, aby ich powitać. Tymczasem rozsiedli się wygodnie w salonie. Panowała niezręczna cisza, a to dlatego, że Sensei ukrywał przed nimi swoje imię! Jak to możliwe, że mają tak na imię? Co prawda oboje się różnią. Natsu ma różowe włosy, a Sensei czarne. Natsu jest zabawny i tryska radością, a jego „brat imiennik" poważny i mało kiedy uśmiechnięty. To są dwa przeciwieństwa!
Gajeel siedział na jednym z foteli i nerwowo poruszał palcami. Sensei wyglądał na znudzonego i co chwilę zerkał na zabandażowaną dłoń Juvii.
— Jak to możliwe? — zapytał Gajeel dość ostrym tonem i spojrzał na Nauczyciela. — Macie takie same imiona... w sensie ty i Natsu.
Zignorował go. Po niecałej sekundzie wbiegła Levy. Popatrzyła na Juvię, która wstała z białej kanapy i przytuliła ją z całych sił.
— Długo mnie nie odwiedzałaś, Juvia! — krzyknęła rozpaczliwie.
— Przepraszam — powiedziała zmieszana. — Miałam kilka spraw do załatwienia.
— A to kto? — spytała Levy, gdy zobaczyła dwóch mężczyzn.
Juvia odsunęła się od przyjaciółki i rzekła:
— Jednego z nich musisz kojarzyć, Levy.
Spojrzała na Senseia i od razu zdała sobie sprawę, że... go nie zna. Jednak Gajeel utkwił jej w pamięci.
— Gajeel? — zapytała zszokowana. Chociaż pewności nie miała.
On jedynie kiwnął twierdząco głową. Wyciągnął do niej ręce, a ona nie czekając aż coś powie, wtuliła się w niego, a z oczu spłynęły łzy. Gajeel próbował ją uspokoić, ale nie był w tym najlepszy, bo on też po chwili się rozpłakał. Juvia zaśmiała się na ten widok. Kto by pomyślał, że dawni przyjaciele odnajdą się po latach w dość... bogatych warunkach.
Nagle do pokoju wszedł wysoki brunet o brązowych jak czekolada oczach i małym uśmieszkiem. Miał na sobie czarny garnitur z czerwonym krawatem i również czarne buty. Zmierzył wzrokiem każdego osobnika w pomieszczeniu, a najdłużej zatrzymał się na przytulającej Levy. Oderwała się od przyjaciela i niepewnym krokiem podeszła do narzeczonego.
— To jest Edward. — Odparła Levy, po czym ściszyła głos. — Mój narzeczony.
Chłopak pocałował ją przy wszystkich zebranych. Juvia cieszyła się jak małe dziecko, Gajeel o mało nie zwymiotował, a Sensei (a raczej Natsu) w ogóle się tym nie zainteresował. Dobrze znał tego Edwarda. Bardzo dobrze. To właśnie z nim miał załatwić kilka spraw. Ogółem tylko po tu przyszedł. Kątek oka spojrzał na tego młodego dupka.
„Zginiesz marnie" — westchnął czarnowłosy i oczekiwał na rozwój akcji.
Niech zabawa się zacznie.
Komentarze
Prześlij komentarz