Rozdział 12 - Zagrajmy w grę



Wczesnym rankiem Sensei, Juvia i Gajeel szykowali się do wyjazdu, a mianowicie do Zamku w mieście Crocus. Okazało się, że Juvia będzie musiała jechać, z którymś z mężczyzn, ponieważ wujek Natsu odstąpił mu tylko dwa konie. Nie była to jakaś trudna sytuacja, a Gajeel już wcześniej zaproponował jej jazdę we dwójkę. Lucy zapakowała im żywność oraz śpiwory i drobne drobiazgi. Zawiesili bagaże po obu stronach rumaka. Gdy dobiegł czas wyjazdu nadszedł i czas pożegnań. Blondynka podbiegła do przyjaciółki i z całych sił przytuliła.

— Będę za tobą tęsknić, Juv! — wychlipała, a Juvia objęła ją szczelniej. — Bezpiecznej drogi! — otarła łzę z kącika oka i uśmiechnęła się promiennie.

— Do zobaczenia — rzekła rozpaczliwym głosem niebieskowłosa.

W tym samym momencie podbiegł do niej Natsu. Rzucił się na nią i podniósł ją do góry, a po chwili obrócił dookoła własnej osi. Na koniec bardzo mocno ją przytulił.

— Nie mogę się doczekać naszego kolejnego spotkania, piękne dziewczę — jako gentlemen ucałował jej dłoń, czego Juvia kompletnie się nie spodziewała.

— Już czas — pogonił ich Sensei.

Gajeel usadowił się na klaczy i oczekiwał na swą towarzyszkę. Sensei również usiadł na koniu i wyglądał tak, jakby na kogoś specjalnie czekał. Juvia podbiegła do klaczy Gajeela i gdy miała się na nią wspiąć, zatrzymał ją Sensei.

— Juvia, jedziesz ze mną — rozkazał i spojrzał na przyjaciela Juvii morderczym wzrokiem.

Czyżby panowała między nimi wojna? Czy może to tylko tymczasowa burza? Niepewnie odsunęła się i obróciła w stronę Nauczyciela. Zauważyła jego stanowczy wyraz twarzy, który mówił, iż nie przyjmuje żadnych sprzeciwów ani uwag. Gdy miała wspiąć się na zwierzę, przed jej nosem spostrzegła dłoń. Podniosła głowę.

— No choć — ponaglił ją i chwycił rękę uczennicy.

Po chwili znalazła się na koniu przed Senseiem. Chwycił za lejce i uderzył nimi gwałtownie, a dziewczyna przestraszyła się z lekka tego huku. Zwierzę odruchowo ruszył do przodu tak mocno, że Juvia wpadła w tors Nauczyciela. Gdy miała zamiar podnieść się do wcześniejszej pozycji, on przeniósł rękę tak, że nie miała do tego dostępu. Nie bardzo rozumiała, o co mu chodzi, ale pozostała wtulona w jego tors, rozkoszując się zapachem truskawki. Gajeel podążał za nimi.

Dzień minął im szybko. Zapadł zmrok. Zatrzymali się przy rzece, napoili konie, napełnili pojemniki z wodą i ruszyli w dalszą drogę. Blask księżyca oświetlał im drogę, mimo iż na dworze panowała ciemnota. Juvia czuła jak powieki same jej się zamykają, ale mimo tego chciała być zwarta i gotowa na wszystkie okoliczności. Przymrużyła oczy i ziewnęła sennie. Tak bardzo potrzebowała snu, ale nie chciała tego dać po sobie poznać. Najlepiej wypiłaby dwa duże kubły z kawą, ale gdzie w środku lasy dostanie energetyczny napój? Przetarła lewe oko, bo obraz zaczynał jej się z lekka rozmazywać.

Nie mogła dłużej wytrzymać. Jej zmęczenie dało swe znaki. Zamknęła powieki i właściwie wszystko byłoby na najlepszym miejscu, gdyby było jej ciepło, a nie zimno. Noc była naprawdę mroźna, a Juvii głupio byłoby zapytać o pożyczenie ciepłej narzuty Gajeela lub Senseia. Oparła się luźniej, a po chwili oparła głowę o jego tors i zagłębiła się w jego ubrania, które pachniały dojrzałą truskawką. Wtuliła się i czuła się dziwnie bezpiecznie.

Zdawała sobie sprawę, jaki jest silny, dlatego wierzyła, że może pokonać każdego na swej drodze. Bała się, że zobaczy kiedyś coś tak okropnego między innymi śmierć niewinnego człowieka. Jednak czego miała się spodziewać po samuraju? Przecież oni nie sadzą kwiatków, nie kręcą ich słodkie rzeczy i na pewno nie wiedzą, co to miłość i nie chcą jej poznawać.

Juvia otworzyła powieki i zobaczyła tę samą czerń. Było tak ciemno, że nie widać było nic. Kilka odgłosów nie dawało jej spać. Szum drzew, trzaski w lesie i stukot ciężkich kopyt. Poczuła jak ktoś zakłada jej kosmyk włosów na ucho, a po chwili gładzi jej głowę.

— Śpij — usłyszała jego spokojny i delikatny głos, który kołysał ją do snu.

Ponownie zamknęła oczy. Ucichł szum drzew, trzaski w lesie i stukot kopyt. Zasnęła.

~*~

Drugiego dnia zmęczenie dawało o sobie znaki. Gajeel ledwo trzymał lejce i mrużył coraz częściej oczy. Wiedział, że wyprawa będzie ciężka, ale nie przewidział jak bardzo wyczerpująca.

— Kieruj się na zachód — zarządził Sensei. — Tam napoimy konie i odpoczniemy.

Towarzysz kiwnął twierdząco głową i podążył za głównym prowadzącym tej drużyny. Po niedługim czasie dotarli do rzeki, która wypływała z jeziora. Przyprowadzili konie nad brzeg, aby zaczerpnęły źródlanej wody. Oni sami napełnili pojemniki z wodą. Gajeel po zrobieniu swej roboty oparł się o konar drzewa i zjechał po nim plecami. Siedział na bujnej zielonej trawie, ale wcale go to nie obchodziło. Teraz liczył się tylko odpoczynek. Kątem oka spojrzał, jak kapitan delikatnie opiera Juvię o drzewo, aby on mógł przemyśleć parę spraw. Gdy upewnił się, że jest dobrze, sięgnął do torby i wyciągnął z niej mapę i jakiejś pióro. Zaznaczył punkty i zawinął ją z powrotem. Juvia obudziła się i była naprawdę zaskoczona. Gdy zasypiała wtuliła się w Senseia, a teraz ma bliskie spotkanie z wysoką i ogromną rośliną. Przetarła oczy i ziewnęła niedbale.

— Wstałaś w końcu — prychnął Gajeel, a Juvia zmierzyła go wzrokiem. — Dzień dobry śpiąca królewno — uwielbiał się z nią drażnić i wprawiać w stan nie wytrzymałości.

— Dobry — odrzekła zaspanym i złośliwym głosem.

Juvia usłyszała jakiś szmer. Odwróciła głowę w tamtą stronę. Zauważyła jeden cień. Był wysoki i władał bronią. Wytrzeszczała oczy. Czyżby to napad wroga?

— Sensei... — zwróciła się do niego błagalnym i przerażonym głosem.

On jak na zawołanie spojrzał w tę stronę i również zobaczył tego napastnika.

— Gajeel... — powiedział idąc po „zdobycz".

— Co? — odpowiedział, nie wiedząc, jaka jest powaga sytuacji.

— Pilnuj Juvię.

Pobiegł do wroga, ale w sposób cichy. Niebieskowłosa nie mogła pogodzić się z faktem, że walczy tam sam. Bez żadnej pomocy. A jeśli ten przeciwnik jest niewyobrażalnie mocny? Co, jeśli nie poradzi sobie sam? Wstała gwałtownie i przybrała pozę, aby wyjąć katanę z pochwy, ale poczuła czyjąś dłoń.

— Juvia, nie rób tego! — skarcił ją Gejeel.

— A—ale... — próbowała wyszukać właściwej odpowiedzi, która wyraziła dobry i sensowny argument.

Chwycił ją za nadgarstek i pociągnął lekko w swoją stronę.

— Nie ma żadnego ale!

Wyrwała mu się i prosto w twarz wykrzyczała mu słowa:

— On walczy tam sam! Potrzebuje naszej pomocy!— wierzyła, że razem z Gajeelem pójdą na pomóc przyjacielowi.

Zmarszczył brwi i przyłożył palec do brody. Zastanawiał się krótką chwilę.

— Dobra — Juvia uśmiechnęła się szeroko. — ale ty nie walczysz.

— Co? — zdziwiła się.

Przecież po to tam miała iść, aby walczyć, a nie stać i patrzeć. Nie po to tyle sił wkłada w każdy trening. Nie po to ćwiczyła, aby umieć sztuki walki i samoobronę. Nie po to!

Przybrała niezadowoloną minę i obróciła się na pięcie. Pobiegła sama do miejsca walki Senseia i tego „szkodnika". Gdy była już blisko, serce zabiło jej mocniej, a oddech był szybki i nierówny. Cóż trudno było jej przyznać, że stresowała się pierwszą w jej życiu bitwą. Ukryła się za drzewem i oparła plecy o kanar. Po chwili obok niej stał Gajeel z wkurzonym wyrazem twarzy. Juvia uśmiechnęła się niepewnie, bo wiedziała, że dostanie wielki ochrzan. Wyłoniła odrobinę głowę, aby zobaczyć zaistniałą sytuację. Wytrzeszczała oczy. Sensei był otoczony nie przez jednego wroga, ale przez dziewięciu! Szturchnęła Gejeela w ramię.

— Musimy mu pomóc! — szepnęła.

On tylko prychnął i zaśmiał się pod nosem.

— Nie znasz jego możliwości, a znasz go dłużej niż ja — rzekł ściszonym głosem.

Nie mówiła nic więcej tylko obserwowała. W ręce trzymała katanę, a drugą ściskała materiał niebieskiej sukienki.

W jednym momencie wszyscy w kręgu dookoła Senseia unieśli błyszczące miecze i skierowali je czarnowłosego samuraja, który nie był zainteresowany sytuacją, w jakiej się znajduje. Naprzeciw niego wyszedł dowódca tego oddziału i powitał go groźnym wzrokiem.

— Ktoś ty?! — ryknął mu prosto w twarz. — Kim jesteś?!

W ułamku sekundy wyciągnął katanę zza pleców i skierował nią na mówcę. Generał uniósł ręce na wysokość bioder jako gest obronny, a Sensei już wiedział, że groźny był tylko w gębie.

— Odpowiedz!

Prychnął i sam nie wiedząc, czy ma zabić teraz, czy później. Tak naprawdę wolał zrobić to szybko, bo strasznie go irytował. Uśmiechnął się w podejrzany sposób.

— Zagrajmy w grę — rzekł spokojnym głosem Nauczyciel. — Jeżeli wygrasz, zdradzę ci moje imię, a jeśli przegrasz... — zastanowił się krótką chwilkę. — ... będziesz patrzał na śmierć swych poddanych. — Wskazał na wszystkich w kręgu.

Wzdrygnął się główny rozkazujący. To była dla nich kiepska sytuacja tym bardziej, że posiadali niewiele ludzi. Każdy bał się śmierci i tego, co nastąpi. Jedyny zimną krew zachował Sensei. Nie raz przechodził taką sytuację, a gra została wymyślona przez niego.

— N—n—na czym ona polega? — zapytał z trudem kapitan.

— Za każdą złą odpowiedź ginie jeden człowiek — poprawił katanę w ręce.

— Nie godzimy się na to! — zaprzeczył.

— Ty akurat nie masz nic tu do powiedzenia — syknął.

Czas płynął szybko, a drużynie Senseia, Gajeela i Juvii ten czas był bardzo potrzebny. Na początku chcieli załatwić sprawę sprawnie, jednak czarnowłosy postanowił skorzystać z zabawy, w którą tak długo nie grał.

— Gdzie wasz dowódca? — padło pierwsze pytanie, a on doskonale wiedział, że nikt z nich obecnych nie jest kapitanem tego oddziału.

— T—tu jestem! — odezwał się mężczyzna, który jako pierwszy powitał Senseia. Był wymądrzały.

— Błąd — uśmiechnął się.

W miejscu, w którym przed sekundą stał samuraj pozostał tylko dym z piachu. Następnie usłyszano przeraźliwy krzyk, a potem głucha cisza i dźwięk spadającego ciała. Odwrócili się wszyscy w tamtą stronę i doznali szoku. Jeden z nich został zabity poprzez ucięcia mu kończyn i na wylot przebity ostrzem. Krew sączyła się z umarłego ciała, tworząc krwawą kałużę. Wybrali śmierć swego towarzysza niż poprawną odpowiedź, jednak przyrzekli, że nigdy nie wydadzą kapitana, nawet wtedy, gdyby byli torturowali.

— Brać go! — wykrzyczał dowódca ile sił w płucach, nie zważając na konsekwencje.

Ludzie ginęli z rąk samuraja jeden za drugiem. Krzyk za krzykiem. Wrzask za wrzaskiem. Krew za krwią. Pole walki przybrało koloru czerwonego. Ostatnim celem był ten, kto wydał końcowy rozkaz. Podbiegł do niego z niewiarygodną szybkością i precyzją trafił idealnie w słaby punkt każdej istoty żywej — w serce. Wyrwał broń z jego ciała, przez co splamiony został krwią. Odszedł z miejsca zdarzenia i w wolnej chwili wyczyścił ostrze katany. Otarł kroplę czerwonej cieczy z policzka. Nie był jednak świadomy tego, że jego towarzysze widzieli wszystko i teraz mają już pewność, że poradziłby sobie bez nich w każdej sytuacji. Nawet najgorszej.



Czyżby byli mu potrzebni tylko do osiągnięcia pewnego celu?

Komentarze