Rozdział 10 - Dziesięć sekund



Strach obleciał ją od góry do dołu. Stała jak sparaliżowana osoba, tylko trzymając katanę w obu dłoniach. Nie była przygotowana na walkę. Nie z Senseiem. Był od niej o wiele silniejszy, mądrzejszy i sprytniejszy. Serce waliło jej jak szalone, nogi odmawiały posłuszeństwa, a rozum podpowiadał, że to dobry moment na ucieczkę. Jednakże zostałaby zatrzymana, gdyż czarnowłosy był od niej szybszy i zapewne nie pozwoliłby na taki gest. Gdyby teraz się poddała, to uznałby ją za tchórza, osobę, która boi się stanąć przed kimś twarzą w twarz. Przez taki wybryk nie trenowałby z Juvią dalej. Opuściłby ją i znalazł innego, godnego ucznia.

Zacisnęła w rękach mocniej górę katany. Lekko przymrużyła oczy, aby się uspokoić. Stres nie był jej potrzebny. Po chwili oczekiwała na jakąś odpowiedź od Nauczyciela, która rozpoczęłaby tę walkę. Stanęła w małym rozkroku na wysokość bioder i czekała na znak. Sensei przybrał pozę do walki, którą Juvia opanowała w tydzień. Wykonał ją perfekcyjnie. Brak żadnego najmniejszego błędu. W ułamku sekund znikł jej z oczu. Rozprysł się jak mydlana bańka. Dziewczyna zamrugała z niedowierzaniem kilka razy oczami. Nerwowo zaczęła rozglądać się na wszystkie strony, aby go odszukać. Przepadł jak kamień w wodzie.

— Zabawa w chowanego? — zapytała z nutą irytacji.

Nie wiadomo skąd, nie wiadomo jak coś przebiegło obok niej, gdy spojrzała w tamtą stronę, udało jej się ujrzeć jedynie białą smugę. Usłyszała dźwięk prującego się materiału. Było to jej kimono. Przecięte zostało na ramieniu, jednak ostrze nie dotknęło skóry. Teraz tę sytuację wzięła na poważnie. Próbowała zobaczyć skąd atakuje, aby móc się obronić, ale za żadne skarby świata nie mogła go odnaleźć. W dodatku była noc. Znów usłyszała ten wcześniejszy dźwięk. Tym razem w lewe przedramię.

Zamknęła oczy.

Opanowała oddech i bicie serca.

Stoi na polu bitwy.

Pole walki jest średniej wielkości w kształcie koła.

Średnica wynosi około dwudziestu metrów.

Prędkość wiatru 3.3 metry na sekundę.

Wieje z północy.

Sensei znajduję się gdzieś poza zasięgiem pola bitwy.

Ukrywa się.

Tylko... gdzie?

Wiatr poruszył liście na dębowym drzewie, które rosło za Juvią. To oznacza tylko jedno. On tam jest. Odwróciła się, nie odmykając oczu. Wierzyła w siłę jej umysłu i intuicji. Wiedziała to, że stoi tuż przed nią.

Zamachnęła się kataną, tworząc w ten sposób kontratak. Do jej uszu dopłynął dźwięk odbijającego się metalu. Otworzyła oczy i zobaczyła jego z ledwo dostrzegalnym uśmiechem. Dreszcz przeszedł ją od góry do dołu. Czuła jakby zastygła w bezruchu. Stała, trzymając broń w ręce i przyglądając się mu. Z jednej strony cieszyła się, że pierwszy raz udało się jej obronić przed atakiem, jednak czuła lekki niepokój. Sensei ponownie znikł, a Juvia była już pewna jak z nim walczyć. Nie zdała sobie sprawy, że może on zmienić taktykę. Nie czekał na odpowiedni moment. Atakował co chwilę. Jej ubranie wyglądało jak podarta firana. Ponownie próbowała odnaleźć go. Obliczyła, że atakuje co dziesięć sekund i z jednej strony. Czekała, kiedy wyskoczy z ukrycia i zaatakuje. Usłyszała dźwięk prującego się materiału i zaczęła odliczać sekundy.

Dziesięć — cisza.

Dziewięć — powiał wiatr.

Osiem — zaszeleściły liście.

Siedem — przeleciał ptak.

Sześć — szmer w krzakach.

Pięć — milczenie.

Cztery — zacisnęła katanę w rękach.

Trzy — tupot.

Dwa — nagły niepokój.

Jeden — postawa do walki.

Zero — nagły zamach bronią i kilka odgłosów.

Gwałtownie otworzyła oczy i zauważyła przed sobą ostrze, które błyszczało srebrnym blaskiem i znajdowało się niebezpiecznie blisko jej twarzy. Juvii wydawało się przez chwilę, że zostaje przecięta na dwie połówki. Powiększyły jej się źrenice, a sama czuła jakby za sekundę miała zemdleć. Przed oczami ujrzała jedynie biały przebłysk i czarne plamki. Zachwiała się na nogach, a katana wypadła jej z rąk, raniąc ją od ramienia do dłoni. Ostrze przebiło się przez skórę, pozostawiając długą i krwawą linię. Sensei za późno zorientował się, że jego uczennica poczuła się gorzej i niestety nie zdążył oddalić broni od dziewczyny na bezpieczną odległość. Zranił ją w blady policzek. Juvia upadła na kolana i jedną ręką podparła głowę. W myślach odtwarzała sytuację sprzed chwili. Widziała, jak katana przebija jej serce, a następnie umiera. Jak krew wytryskała z jej klatki. Zobaczyła to. Drugą rękę przyłożyła do serca i natarczywie sprawdzała, czy w tym miejscu nie krwawi. Spojrzała na dłoń, ale była ona czysta. W duchu poczuła wielką ulgę. Bardzo bolały i szczypały ją rany zadane przez siebie, jak i Senseia. Materiał przesiąkł ciemnoczerwoną cieczą. Nie to było dla niej w tej chwili najważniejsze. Uniosła lewy kącik ust. Cieszyła się, że przeżyła.

Sensei przykucnął przy Juvii. Wziął na siebie całą winę. To przez niego tutaj przyszła mimo tego chłodu i strachu, który nie opuszczał ją ani przez chwilę. Została zraniona tak ostrym narzędziem i zobaczyła coś strasznego, przez co odbiło się to na jej psychice. Ogromny ciężar objął jego zimne serce. Spojrzał zatroskanym wzrokiem na jej krwawiący policzek. Tak bardzo nie chciał jej zranić, przestraszyć, zmartwić. Wyglądała jak porcelanowa lalka. Blada cera, włosy o cudownym kolorze, ubiór dodający jej urody i ten uśmiech. Uśmiech, który skrywał tak wielki smutek i tęsknotę za ukochanym bratem. Widział to, jak każdego dnia zapewnia wszystkich, że jest w porządku. Nie, wcale tak nie było. Tylu naiwnych ludzi się na to nabrało, że zabrakłoby placów u rąk, aby to zliczyć. Nie chciała, aby dostrzegali ją jako osobę smutną, pochmurną i wiecznie przygnębioną, dlatego maskowała te uczucia uśmiechem. Zawsze powtarzała sobie: „Nie ważne jak źle byłoby, nie daj po sobie poznać, że cierpisz. Uśmiech jest najlepszą bronią, aby to udowodnić". W taki sposób każdy miał o niej dobre zdanie. Chciała mieć kogoś, kto by ją wysłuchał, doradził, pomógł. Miała brata, który nie poświęcaj jej zbyt dużej uwagi. Wiecznie zapracowany, aby utrzymać siebie i siostrę.

Juvii zakręciło się w głowie. Obraz był coraz bardziej rozmazany. Sensei zastanawiał się, co takiego stało się tak niewinnej dziewczynie. Co jakiś czas lekko się chwiała i częściej mrużyła oczy. Skóra stała się jeszcze bardziej blada. Przed oczami pojawiły jej się czarne plamki. Zachwiała się ostatni raz i zemdlała. Sensei reagował gwałtownym przesunięciem, dzięki któremu Juvia wpadła prosto w jego tors. Przyjrzał się dokładnie jej twarzy, a jego wzrok zatrzymał się na ranie na policzku. Otarł krew opuszkami palców. To draśnięcie nie było głębokie. Założył jej za ucho jeden z kosmyków niebieskich włosów. Uśmiechnął się niepewnie, sam nie wiedząc z czego. Obecność Juvii uspokajała go i dostarczała energii na treningi. Podobały się mu jej niebieskie jak morze włosy, oczy tak lśniące niczym złoto, cera bialutka jak futerko śnieżno-białego króliczka i ten charakter, który nie było można opisać żadnymi słowami. Pogładził jej policzek. Chwycił ją w stylu panny młodej i podniósł się z zimnej ziemi. Skierował się do kawiarenki „Fairy Tail". Przed oświetlonym wejściem spojrzał na spokojną i śpiącą twarz uczennicy.





Od dziś obiecał sobie, że będzie ją chronił.

Komentarze